sobota, 6 sierpnia 2016

Człowiek

     — ...Jestem królową. Nie mają nade mną władzy. Tak właśnie sądzi większość królowych, dopóki nie opadnie ostrze topora. — mężczyzna siedzący w kącie ciemnego pokoju kończy czytać i z głośnym trzaskiem zamyka trzymaną w pokaleczonych dłoniach książkę. Królowa Tearlingu Eriki Johansen jest wyjątkowo pięknie oprawiona, lecz to jej treść budzi tak ogromny sentyment w tajemniczym człowieku, którego twarzy Vernemis nie potrafi dostrzec, gdyż cień nocy skuteczne go kryje, zaś pojedyncze wiązki blasku księżyca, wpływające przez uchylone okno, jakby celowo omijają to przerażające oblicze. Oświetlają jedynie pokryte bliznami i zaczerwieniami szorstkie dłonie, delikatnie obejmujące tak wspaniały skarb, jakim była książka. W uszach Vernemisa brzęczą cicho dzwoneczki. Doskonale pamięta co mówił mu ojciec - dzwoneczki symbolizują narodziny i śmierć, zwycięstwo lub klęskę. Ich kojące piosenki i przyjemne grzechotanie wprowadzają w błogą melancholię, zadumę pomieszaną z przyjemnymi wspomnieniami, lecz te dzwoneczki, które łagodnie dźwięczą w tejże chwili przyprawiają jedynie o dreszcze i strach. Vernemis mimo że jest młodym, silnym, odważnym człowiekiem, lęka się dziwnego narratora, będącego cieniem swojego cienia. Vernemis czuje, że to już koniec jego historii, a jednak nie rusza się z wyściełanego aksamitną pościelą, ogromnego łóżka i nerwowym wzrokiem krąży po czarnym kształcie w rogu pomieszczenia.
     Obcy nie porusza się przez dłuższą chwilę i ze spuszczoną głową patrzy na książkę. Uwielbia czytać, gdyż to jedyna pasja, jaką może się podzielić z innymi, a przy okazji poznaje świat. Świat tak ogromny, że przez całe swoje życie nie zdołałby zobaczyć wszystkich jego zakamarków i sekretów. Milczy niesiony przez dźwięk dzwoneczek, brzęczących u jego pasa. Zamyka oczy, próbuje przywołać na myśl przepełniony kolorami las. Przesiąknięty wilgocią, ale pachnący świeżą żywicą wiatr sunie pomiędzy koronami rosłych drzew i muska jego śniadą twarz. Dookoła rozbrzmiewa cichy szelest liści, doskonale znane śpiewy ptaków i dzwoneczki. Te cholerne dzwoneczki zwiastujące śmierć.
     Otwiera oczy, przypomniawszy sobie o Vernemisie, niespokojnie wierci się wśród góry poduszek i patrzy na narratora. Im dłużej zwleka, tym więcej strachu mu przysparza, a czy nie właśnie po to, aby się nie bał, czytał mu książkę? Wierzy, że miłe słowa splecione w piękną powieść przywołują spokój ducha.
     Porusza się ospale i leniwym ruchem wsuwa na dłonie czarne rękawiczki, aby ukryć blizny i drobne rany, po czym wstaje z krzesła. Wykonuje kilka kroków w stronę łóżka. Nosi ciężkie i masywne buty, on sam zresztą jest dobrze zbudowanym mężczyzną, a jednak prawie w ogóle nie słychać kroków, jak gdyby sunął w powietrzu niczym duch i rozsiewał wokół siebie tylko cichą melodię dzwoneczków zagłuszającą wszystko inne.
     — Kim jesteś? — Vernemis stara się, aby jego głos brzmiał stanowczo i wyraźnie, lecz strach ściska mu gardło, więc wydaje tylko stłumiony, bliski dziewczęcemu jęk. Drży. Gdyby nie świadomość, że stoi przed nim wysoki na dwa metry i zapewne umięśniony człowiek, czmychnąłby przez lekko uchylone drzwi na korytarz. Nie ma szans, a jednak w jego umyśle czai się nadzieja, że uda mu się uciec, bo według Vernemisa dziwny cień jest dumny, zuchwały, a może nawet próżny, skoro tak spokojnie i bez pośpiechu wędruje po sypialni, nie spiesząc się z wyjawieniem celu odwiedzin, podczas gdy istnieje ryzyko, że Vernemis zdąży przywołać do siebie ochroniarzy. Upływa dobre dwadzieścia minut od zadania przez mężczyznę pytania i nadal nie uzyskuje odpowiedzi.
     — Kim, do cholery, jesteś? — powtarza, tym razem jego głos się nie łamie. Ryczy niczym wściekły lew, który domaga się zwierzyny. Obcy człowiek podchodzi bliżej i staje w pełnym świetle księżyca. Vernemis blednie, gdy dostrzega złote ślepia mężczyzny, przecięte wąską źrenicą. Ich ogniste spojrzenie było jeszcze bardziej przerażające, niż sama myśl, że prawdopodobnie za kilka dni będzie z piekła oglądał swój własny pogrzeb.
     — Mów mi po prostu Duch — odpowiada. Jego głos jest spokojny, melodyjny i czysty, Vernemis myśli sobie, że z tego człowieka byłby dobry mówca, ponieważ słowa wypowiedziane przez niego działały niczym lek na zranioną duszę. Aż dziw, że podczas gdy czytał mu fragment książki, nie zauważył jak pięknie brzmią słowa napisane przez Erikę Johansen w jego ustach.
     Duch nie czeka na więcej pytań. Bez wahania dobywa rękojeści katany i unosi ją nad głową Vernemisa. Spodziewa się błagań o życie lub płaczu, lecz Vernemis milczy, wpatrując się w jego złote oczy. Wie, co go czeka.
     — Cóż, Duchu, nie wiem kto cię przysłał, ale jesteś pierwszym, któremu prawdopodobnie uda się mnie zabić. Nie żałuję niczego, co zrobiłem w swoim życiu, bo uważam, że żyłem godnie, ale to śmierć będzie wisienką na wspaniale polukrowanym torcie. Jakoś przecież trzeba odejść. Czy to po cichu, czy to z hałasem, nieważne — Vernemis pierwszy raz dzisiejszej nocy nie czuje strachu, jest wręcz w stanie uśmiechnąć się do swojego oprawcy. — Małgorzata Musierowicz napisała: Śmierć na­daje piękno życiu. Tyl­ko sztuczne kwiaty nie umierają. I w pełni się z tym zgadzam, więc czyń powinność, chłopcze o złotych oczach, których nigdy nie zapomnę.
     Zdaje się, że na kilka chwil na twarz Ducha wpełza nikły uśmiech, lecz gdy Venermis mruga, on znów staje się poważny i niewzruszony. Duch jednak czuł się dumny, że ma do czynienia z człowiekiem doceniającym literaturę. Wbrew pozorom miło czasem usłyszeć coś innego z ust ofiary, niż kilka marnych, naszpikowanych bólem, przerażeniem i żałosnością krzyków, które potrafią nieboszczyka w trumnie zbudzić.
     — Nutria i Nerwus, dziękuję — mówi, pokonując jeszcze dwa kroki wprzód, staje przy samej krawędzi łóżka.
     — Za co? — pyta ciekaw Vernemis. Ale odpowiedzi już nie uzyskuje. Błyszczące ostrze miecza przeszywa jego klatkę piersiową w miejscu, gdzie bije serce. Strumień krwi pryska z miejsca przebicia, gdy Duch cofa miecz. Wykasłuje krew zebraną w gardle i jeszcze raz spogląda na te złote oczy, złote oczy przepełnione ogniem. Ostatnie sekundy życia, ciągną się niemiłosiernie długo, zbyt długo dla Vernemisa. Czuje ten palący ból, rozchodzący się promieniście po całym ciele, tylko stopy i dłonie pozostają lodowate i zimne. Łapczywie chwyta ustami hausty powietrza, choć wie, że to nic mu nie da. Blednie na twarzy, oczy zachodzą mgłą i powoli traci przytomność. Za długo to się ciągnie, powtarza sobie w myślach, nie wiedząc czy umiera, czy to tylko koszmar, z którego zaraz się wybudzi i powita go tuzin młodych, atrakcyjnych dziewcząt z jego haremu, lub też sympatyczny uśmiech ślicznej pokojówki, co dzień przynoszącej mu śniadanie. Jednak te oczy na pewno nie są złudzeniem, to rzeczywistość. Ma wrażenie, że czas specjalnie stanął w miejscu, aby zbadał dokładniej ten ogień i zapamiętał na zawsze kto doprowadził do jego śmierci, aczkolwiek kiedy wytęża powoli słabnący wzrok, aby głębiej zajrzeć w oczy Duchowi, wtedy czas znów rusza, a jemu braknie oddechu. Blady niczym świeży śnieg, opada na poduszki.
     Duch tyle razy dokonywał wyroków śmierci na ludziach, których zlecił mu ojciec bądź starszy
brat, że jedna więcej plama krwi na dłoniach nie robi mu różnicy. Przywykł do widoku cierpienia, pustych oczu, płaczów, przeszkód i przykrych widoków, które musi znosić. Niektóre ofiary miały rodziny, dzieci, żony lub też mężów, zaś on z okrucieństwem przychodził i odbierał całe szczęście budowane przez tyle lat, może przez całe życie. Czasami nawracają wyrzuty sumienia, lecz Duch już jest zepsuty do szpiku kości. I na tyle zuchwały, że może sobie pozwolić na wskazanie policji, iż to on dokonał mordu. Obok okna na wystającym gwoździu zawiesza dwa pozłacane dzwoneczki związane czerwoną wstążką, po czym wychodzi tak, jak się tu dostał - przez okno. Wskakuje na parapet i wdrapuje się na wyściełany bordowymi dachówkami dach, a potem przeskakuje na sąsiadujący budynek. W ten sposób przemieszcza się przez większą część drogi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony