sobota, 13 sierpnia 2016

Człowiek

     Wraz z nadejściem świtu, miasto powoli zaczęło wracać do życia po kilkugodzinnej ciszy nocnej, kiedy to mrok spowił wszystkie uliczki i przymknął na pewien czas oczy większości społeczeństwa. Ale niektórych słońce już nie zbudzi tego poranka, gdyż wierni wielbiciele nocy i przyjaciele srogiej śmierci postanowili pod cienistym okryciem zmroku osobiście uśpić przeszkadzające im gęby.
     Większości ludzi wydaje się, że dla mordercy noc jest zupełnie taka sama, jak dla pierwszego lepszego człowieka napotkanego podczas spaceru parkiem. Po prostu czarna, czasem wypełniona gwiazdami i blaskiem księżyca. Jednak różnice są ogromne. Dla mordercy noc to chleb powszedni, postrzega ją jako szansę, podczas której zmienia się w żądną krwi bestię, gotową dokonać zabójstwa na bogu winnych ludziach. Jego oczy widzą tylko krew. Świat skąpany szkarłatnej krwi.
     Po wyprutej z barw nocy przychodzi pełen piękna wschód, przepełniony soczystymi odcieniami różu, pomarańczy i kremowego, które plączą się ze sobą, tworząc idealną symfonię kolorów. Gdzieniegdzie pojawia się większa chmura, odbijająca kolorowe promienie słońca. Dopełnia krajobraz, przynoszący tyle pozytywnych uczuć. Tyle nadziei i tyle radości.
     Duch znów spędza czas po ciężkiej nocy - podczas której odesłał na drugą stronę kilka dusz - obserwując jak dzień walczy z nocą o dominację; wypłoszony mrok cofa się, zaś światło coraz odważniej go szczuje gorącymi łapami. To jak uzależnienie, codzienna rutyna, bez której nie dało się żyć - oglądanie wschodu sprawiało mu ogromną radość, jakiej nie potrafił odczuwać od skończenia piętnastu lat i zostania hetmanem ojca. Słońce było jego jedynym napędem do życia, bo gdyby nie wzbierająca w nim nadzieja na widok jasnych światełek igrających po niebie, prawdopodobnie już dawno skończyłby ze sobą.
     Bogowie wciąż panują nad ludźmi. Przybyli z gwiazd i nie są już litościwi. Gdyby byli, życia nie uznawano by za tak paskudną porażkę i najokrutniejszy cud ze wszystkich.
     Ale być może o to chodziło. Gdyby życie było wyplenione ze zmartwień, kłopotów, bólu, strachu, grzechów, stałoby się nudne, a tak zarówno ludzie, jak i bogowie mają rozrywkę na poziomie rzymskich walk gladiatorów w Koloseum. Bogowie są okrutni, ale dopóki na Ziemi panuje zamęt i mają co robić, nie utrudniają ludziom życia własnymi modłami, które nierzadko potrafią być tak mroczne, jak dusza mordercy. Nie wszyscy bogowie pragną pokoju. Pokój jest nudny.
     Duch zamyka oczy i pozwala się nieść przez ciche brzęczenie dzwoneczków, dopiętych do jego pasa. Dzwoneczki są zgubą.    O n    j e s t    z g u b ą.
     Ciepły, wschodni wiatr muska śniadą twarz i szarpie czekoladowe kosmyki włosów. Duch nabiera powietrza w płuca i z głośnym westchnięciem wypuszcza je ustami. Marzy mu się przestać patrzeć oczami mordercy i chociaż raz zobaczyć noc w pełni urody.
     Ale nie wolno mu. Jest grzeszny. Grzeszni nie zasługują na piękno. Zaś bogowie nie pragną nawracać ludzi. Nie pamiętają o tym, że ktoś potrzebuje pomocy. A jednak Duch czuł, że pewnego dnia bogowie upomną się o niego. I wtedy jego grzechy wtrącą go do pustki.
     Otwiera oczy, lecz nie dane mu powrócić do widoku wschodzącego słońca. Jasny snop światła obejmuje go i otula. Duch zdezorientowany kręci się, próbując zrozumieć co się dzieje, lecz na kilka chwil traci świadomość i zasypia.
     Mija rok, dwadzieścia lat, pięć miesięcy, godzina, dwie minuty? Stracił poczucie czasu, nie wie ile go ominęło, ale nie rozwodzi się nad straconymi sekundami, bo i tak ich nie odzyska. Otwiera oczy. Światło zniknęło, zaś on trafił do obcego miejsca. Otaczają go trzy, młodo wyglądające dziewczyny. Dwie niskie blondynki, jedna o oczach barwy lapis lazuli, druga z zamkniętymi w tęczówkach promieniami słońca. Trzecia panna przypomina zaś nocne niebo obfite w gwiazdy.
     Z pokorą słucha surowego głosu Pani Nocy, jak nazwał w myślach rzekomą boginię słońca. Śmieszyło go to, nawet jeśli rzeczywiście patronuje brzaskowi, wygląda niczym pomiot mroku.
     Wkrótce dłonią sięga po dłoń dziewczyny i składa na niej motyli pocałunek, potem znów prostuje się niczym żołnierz podczas musztry. Towarzyszące jej kobiety wita lekkim skinieniem głowy.
     — Nie przejmuję się. Dobrze, że panienka ma poczucie humoru. Najpiękniejsze kobiety to te, które często się uśmiechają. — Posyła żywiołowej dziewczynie sympatyczny uśmiech dla podkreślenia prawidłowości słów. — Nazywają mnie Duch. Imię jest mi niepotrzebne — dodaje po chwili, patrząc na speszoną blondynkę, która usilnie unika jego wzroku. Zwraca się do Pani Nocy. — Z całym szacunkiem, panno Mei. Być może panna nie kłamie, jednak na jakiej podstawie mam w to uwierzyć? Niecodziennie zostaje się uprowadzanym przez trzy tak piękne damy i niecodziennie ma się okazję stać przed boskim piedestałem, dlaczego więc twierdzisz, szanowna pani, że będę w stanie przyjąć to wszystko bez mrugnięcia okiem? — mówi opanowanym, niskim tonem niczym zawodowy mówca i przy okazji świdruje Panią Nocy swym złotym spojrzeniem, jakby pragnął przedostać się przez jej zewnętrzną powłokę aż do boskiej natury.
      — I widzi panienka, ale panienka nie ma racji. Ciałem jestem żywy, jednak martwy duszą. I jeśli rzeczywiście jesteś bogiem, pani, powinnaś wiedzieć, że ktoś taki jak ja nie pozostanie posłuszny do końca, i chociaż zachowuję się jak na dżentelmena przystało, nie mogę obiecać, że nie wprowadzę zamętu. Łatwo wpaść w nawyki, gorzej się z nich wygrzebać. A piekło to luksus w porównaniu do tego, co przeżywam każdego dnia i każdej nocy. — Duch uśmiecha się szelmowsko. Pomimo, że jest w ślepym zaułku, pozostaje przy zdrowych zmysłach.

sobota, 6 sierpnia 2016

Bóg

 Pierwsze promienie słońca wkradły się do pokoju bogini, a kiedy tylko oświetliły jej twarz, natychmiast otworzyła swoje fioletowe oczy. W słoneczne dni zawsze się tak budziła. Mimowolnie ziewnęła, podnosząc się do siadu. Każdy jej dzień wyglądał wręcz identycznie i właśnie tak się rozpoczynał. Wyszła ze swojej sypialni, schodząc na parter świątyni, która jednocześnie była jej domem oraz jej Świętych Broni.
 — Dzień dobry, panienko Mei! — usłyszała. Obróciła się i ujrzała jak zwykle uśmiechniętą Miyoko. Dziewczyna ukłoniła się, widząc swoją panią. Była trochę przesadnie kulturalna oraz pracowita i darzyła szacunkiem praktycznie każdego. Jako Święta Broń była niezwykle lojalna i zawsze słuchała poleceń Mei, jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby się chociażby zawahała. Po prostu wymarzona Broń dla każdego boga.
 — Dobry, dobry... — Zrobiła ruch dłonią, aby się wyprostowała. Tak też uczyniła.
 — Dobrze panienka spała? Co by chciała panienka zjeść na śniadanie? — Blondynka podążyła za brunetką, która skierowała swe kroki do jadalni. Tak jak cała świątynia była skromnie urządzona - beżowe ściany ozdobione były ośmioma obrazami, na każdym był wizerunek jakiegoś sławnego bóstwa. Podłoga wyłożona była ciemnobrązowymi panelami. Na środku pomieszczenia znajdował się drewniany, prostokątny stół, a na wokół niego położone zostały karmazynowe poduszki. Kobieta usiadła na jednej z nich.
 — Możesz mi dać na śniadanie co tylko zechcesz — Zawsze tak jej odpowiadała, z przyzwyczajenia. Jak zwykle po kilku sekundach dostała miso z ryżem. Podziękowała za posiłek i rozpoczęła jedzenie. Czuła na sobie wzrok dziewczyny, lecz zbytnio się tym nie przejęła.
 — Minako dalej śpi? — zapytała, wstając. Zanim pochwyciła tacę z pustymi naczyniami, wyprzedziła ją Miyoko, w błyskawicznym tempie odkładając ją do kuchni i wracając.
 — Tak, panienko Mei.
 — Mogłabyś ją obudzić? Muszę z wami porozmawiać o czymś ważnym.
 — Oczywiście!
 Nie czekała na obie dziewczyny długo, gdyż druga blondynka weszła jak na zawołanie do pomieszczenia. To był pierwszy raz od wielu lat, kiedy obudziła o tak wczesnej godzinie. Zwykle pokazywała im się w południe, przez kilka godzin była przymulona i stawała się użyteczna dopiero wieczorem, co było naprawdę kłopotliwe.
 —  Cześć, słyszałam, że mnie obgadujecie —  Minako była zupełnym przeciwieństwem swojej przyjaciółki - zachowywała się dość buntowniczo, nie lubiła pracować, często strzelała fochy oraz droczyła się z każdym. Na szczęście nie przesadzała i Mei prawie nigdy nie narzekała, że ją to boli. Jako Broń starała się robić jak najwięcej po swojemu, aczkolwiek prędzej czy później odpuszczała.
 — Nieprawda — fuknęła, krzyżując ręce na piersiach — Mam dla was pewną informację, moje kochane skarbeńka —  zaczęła, podnosząc kąciki ust, kiedy złotooka prychnęła słysząc ostatnie słowo —  musimy wprowadzić zmiany w naszym życiu. Zaczniemy od ukarania jednego z najgorszych mafiozów w tym mieście, przynajmniej będziemy miały jakąś rozrywkę — zachichotała, zakrywając usta prawą dłonią — Jest żywy, ale nie zasługuje nawet, żeby pójść do... piekła. Więc go przywołam, udam, że się nad nim zlitowałam, ale za jakiś czas go zniszczę. Po prostu wymażę jego istnienie, ot co — Najwidoczniej naprawdę musiała ją znużyć codzienność, skoro zdecydowała się na takie coś.
 — Jesteś naprawdę straszna, zdajesz sobie z tego sprawę, co nie? — Minako z przezorności zrobiła jeden krok w tył, aby być bezpieczniejsza. Choć i tak Mei mogła z łatwością zrobić jej krzywdę, choćby uciekła na drugi koniec świata, to byłoby prostsze niż zawiązanie sznurówki - wystarczyło się teleportować do miejsca, w którym aktualnie przebywała.
 — Wiele zjaw które zabiłyśmy pojawiły się z jego powodu. Na dodatek zabijał niewinnych ludzi. 
 — Niech panienka robi co tylko panienka zechce. Każda decyzja panienki jest słuszna — Nikt nie oponował, więc bogini rozpoczęła rytuał. Kreśliła w powietrzu jakieś znaki, szepcząc słowa, które jakoś słyszały jej towarzyszki, lecz najwidoczniej był to nieznany im język, gdyż nie rozumiały niczego. Trwało to dość krótko, choć wydawało się, że każda minuta dłużyła się w godzinę.
 Przed nimi błysnęło jasne, białe światło, z którego po chwili wyłonił się mężczyzna. Oczywiście Minako musiała skomentować "Jaki on wysoki". Dla niej każdy był wysoki, bo definitywnie metr pięćdziesiąt to nie było dużo, a dokładnie tyle ona mierzyła.
 — Witaj  — Wyciągnęła rękę w jego stronę, aby ją uścisnął — Nazywam się Mei i jestem boginią słońca. Od dzisiaj będziesz pod moją opieką, bo tylko my cię widzimy, choć jesteś żywy. Masz wykonywać wszystkie moje polecenia, szanować mnie i moje Święte Bronie, nie rozrabiać, inaczej zabiję cię i pójdziesz do piekła, a uwierz mi, że w mojej świątyni jest o wiele milej. Masz jakieś pytania?
    — Gdybym cię nie znała, myślałabym, że cały czas jesteś taka poważna — Najwidoczniej Mina ledwo powstrzymywała śmiech, przynajmniej miała taką minę. Po chwili nie wytrzymała i wybuchnęła piskliwym śmiechem, zginając się w pół. Kiedy miała głupawkę, trudno było ją uspokoić, to wręcz graniczyło z cudem.
 — Proszę się nią nie przejmować, paniczu... — Chyba jednak nie tylko Mei czuła się dość nieswojo w jego towarzystwie - Miyoko starała się patrzeć we wszystko, tylko nie w mężczyznę, nerwowo bawiąc się kosmykami włosów — Jak się panicz nazywa?

Człowiek

     — ...Jestem królową. Nie mają nade mną władzy. Tak właśnie sądzi większość królowych, dopóki nie opadnie ostrze topora. — mężczyzna siedzący w kącie ciemnego pokoju kończy czytać i z głośnym trzaskiem zamyka trzymaną w pokaleczonych dłoniach książkę. Królowa Tearlingu Eriki Johansen jest wyjątkowo pięknie oprawiona, lecz to jej treść budzi tak ogromny sentyment w tajemniczym człowieku, którego twarzy Vernemis nie potrafi dostrzec, gdyż cień nocy skuteczne go kryje, zaś pojedyncze wiązki blasku księżyca, wpływające przez uchylone okno, jakby celowo omijają to przerażające oblicze. Oświetlają jedynie pokryte bliznami i zaczerwieniami szorstkie dłonie, delikatnie obejmujące tak wspaniały skarb, jakim była książka. W uszach Vernemisa brzęczą cicho dzwoneczki. Doskonale pamięta co mówił mu ojciec - dzwoneczki symbolizują narodziny i śmierć, zwycięstwo lub klęskę. Ich kojące piosenki i przyjemne grzechotanie wprowadzają w błogą melancholię, zadumę pomieszaną z przyjemnymi wspomnieniami, lecz te dzwoneczki, które łagodnie dźwięczą w tejże chwili przyprawiają jedynie o dreszcze i strach. Vernemis mimo że jest młodym, silnym, odważnym człowiekiem, lęka się dziwnego narratora, będącego cieniem swojego cienia. Vernemis czuje, że to już koniec jego historii, a jednak nie rusza się z wyściełanego aksamitną pościelą, ogromnego łóżka i nerwowym wzrokiem krąży po czarnym kształcie w rogu pomieszczenia.
     Obcy nie porusza się przez dłuższą chwilę i ze spuszczoną głową patrzy na książkę. Uwielbia czytać, gdyż to jedyna pasja, jaką może się podzielić z innymi, a przy okazji poznaje świat. Świat tak ogromny, że przez całe swoje życie nie zdołałby zobaczyć wszystkich jego zakamarków i sekretów. Milczy niesiony przez dźwięk dzwoneczek, brzęczących u jego pasa. Zamyka oczy, próbuje przywołać na myśl przepełniony kolorami las. Przesiąknięty wilgocią, ale pachnący świeżą żywicą wiatr sunie pomiędzy koronami rosłych drzew i muska jego śniadą twarz. Dookoła rozbrzmiewa cichy szelest liści, doskonale znane śpiewy ptaków i dzwoneczki. Te cholerne dzwoneczki zwiastujące śmierć.
     Otwiera oczy, przypomniawszy sobie o Vernemisie, niespokojnie wierci się wśród góry poduszek i patrzy na narratora. Im dłużej zwleka, tym więcej strachu mu przysparza, a czy nie właśnie po to, aby się nie bał, czytał mu książkę? Wierzy, że miłe słowa splecione w piękną powieść przywołują spokój ducha.
     Porusza się ospale i leniwym ruchem wsuwa na dłonie czarne rękawiczki, aby ukryć blizny i drobne rany, po czym wstaje z krzesła. Wykonuje kilka kroków w stronę łóżka. Nosi ciężkie i masywne buty, on sam zresztą jest dobrze zbudowanym mężczyzną, a jednak prawie w ogóle nie słychać kroków, jak gdyby sunął w powietrzu niczym duch i rozsiewał wokół siebie tylko cichą melodię dzwoneczków zagłuszającą wszystko inne.
     — Kim jesteś? — Vernemis stara się, aby jego głos brzmiał stanowczo i wyraźnie, lecz strach ściska mu gardło, więc wydaje tylko stłumiony, bliski dziewczęcemu jęk. Drży. Gdyby nie świadomość, że stoi przed nim wysoki na dwa metry i zapewne umięśniony człowiek, czmychnąłby przez lekko uchylone drzwi na korytarz. Nie ma szans, a jednak w jego umyśle czai się nadzieja, że uda mu się uciec, bo według Vernemisa dziwny cień jest dumny, zuchwały, a może nawet próżny, skoro tak spokojnie i bez pośpiechu wędruje po sypialni, nie spiesząc się z wyjawieniem celu odwiedzin, podczas gdy istnieje ryzyko, że Vernemis zdąży przywołać do siebie ochroniarzy. Upływa dobre dwadzieścia minut od zadania przez mężczyznę pytania i nadal nie uzyskuje odpowiedzi.
     — Kim, do cholery, jesteś? — powtarza, tym razem jego głos się nie łamie. Ryczy niczym wściekły lew, który domaga się zwierzyny. Obcy człowiek podchodzi bliżej i staje w pełnym świetle księżyca. Vernemis blednie, gdy dostrzega złote ślepia mężczyzny, przecięte wąską źrenicą. Ich ogniste spojrzenie było jeszcze bardziej przerażające, niż sama myśl, że prawdopodobnie za kilka dni będzie z piekła oglądał swój własny pogrzeb.
     — Mów mi po prostu Duch — odpowiada. Jego głos jest spokojny, melodyjny i czysty, Vernemis myśli sobie, że z tego człowieka byłby dobry mówca, ponieważ słowa wypowiedziane przez niego działały niczym lek na zranioną duszę. Aż dziw, że podczas gdy czytał mu fragment książki, nie zauważył jak pięknie brzmią słowa napisane przez Erikę Johansen w jego ustach.
     Duch nie czeka na więcej pytań. Bez wahania dobywa rękojeści katany i unosi ją nad głową Vernemisa. Spodziewa się błagań o życie lub płaczu, lecz Vernemis milczy, wpatrując się w jego złote oczy. Wie, co go czeka.
     — Cóż, Duchu, nie wiem kto cię przysłał, ale jesteś pierwszym, któremu prawdopodobnie uda się mnie zabić. Nie żałuję niczego, co zrobiłem w swoim życiu, bo uważam, że żyłem godnie, ale to śmierć będzie wisienką na wspaniale polukrowanym torcie. Jakoś przecież trzeba odejść. Czy to po cichu, czy to z hałasem, nieważne — Vernemis pierwszy raz dzisiejszej nocy nie czuje strachu, jest wręcz w stanie uśmiechnąć się do swojego oprawcy. — Małgorzata Musierowicz napisała: Śmierć na­daje piękno życiu. Tyl­ko sztuczne kwiaty nie umierają. I w pełni się z tym zgadzam, więc czyń powinność, chłopcze o złotych oczach, których nigdy nie zapomnę.
     Zdaje się, że na kilka chwil na twarz Ducha wpełza nikły uśmiech, lecz gdy Venermis mruga, on znów staje się poważny i niewzruszony. Duch jednak czuł się dumny, że ma do czynienia z człowiekiem doceniającym literaturę. Wbrew pozorom miło czasem usłyszeć coś innego z ust ofiary, niż kilka marnych, naszpikowanych bólem, przerażeniem i żałosnością krzyków, które potrafią nieboszczyka w trumnie zbudzić.
     — Nutria i Nerwus, dziękuję — mówi, pokonując jeszcze dwa kroki wprzód, staje przy samej krawędzi łóżka.
     — Za co? — pyta ciekaw Vernemis. Ale odpowiedzi już nie uzyskuje. Błyszczące ostrze miecza przeszywa jego klatkę piersiową w miejscu, gdzie bije serce. Strumień krwi pryska z miejsca przebicia, gdy Duch cofa miecz. Wykasłuje krew zebraną w gardle i jeszcze raz spogląda na te złote oczy, złote oczy przepełnione ogniem. Ostatnie sekundy życia, ciągną się niemiłosiernie długo, zbyt długo dla Vernemisa. Czuje ten palący ból, rozchodzący się promieniście po całym ciele, tylko stopy i dłonie pozostają lodowate i zimne. Łapczywie chwyta ustami hausty powietrza, choć wie, że to nic mu nie da. Blednie na twarzy, oczy zachodzą mgłą i powoli traci przytomność. Za długo to się ciągnie, powtarza sobie w myślach, nie wiedząc czy umiera, czy to tylko koszmar, z którego zaraz się wybudzi i powita go tuzin młodych, atrakcyjnych dziewcząt z jego haremu, lub też sympatyczny uśmiech ślicznej pokojówki, co dzień przynoszącej mu śniadanie. Jednak te oczy na pewno nie są złudzeniem, to rzeczywistość. Ma wrażenie, że czas specjalnie stanął w miejscu, aby zbadał dokładniej ten ogień i zapamiętał na zawsze kto doprowadził do jego śmierci, aczkolwiek kiedy wytęża powoli słabnący wzrok, aby głębiej zajrzeć w oczy Duchowi, wtedy czas znów rusza, a jemu braknie oddechu. Blady niczym świeży śnieg, opada na poduszki.
     Duch tyle razy dokonywał wyroków śmierci na ludziach, których zlecił mu ojciec bądź starszy
brat, że jedna więcej plama krwi na dłoniach nie robi mu różnicy. Przywykł do widoku cierpienia, pustych oczu, płaczów, przeszkód i przykrych widoków, które musi znosić. Niektóre ofiary miały rodziny, dzieci, żony lub też mężów, zaś on z okrucieństwem przychodził i odbierał całe szczęście budowane przez tyle lat, może przez całe życie. Czasami nawracają wyrzuty sumienia, lecz Duch już jest zepsuty do szpiku kości. I na tyle zuchwały, że może sobie pozwolić na wskazanie policji, iż to on dokonał mordu. Obok okna na wystającym gwoździu zawiesza dwa pozłacane dzwoneczki związane czerwoną wstążką, po czym wychodzi tak, jak się tu dostał - przez okno. Wskakuje na parapet i wdrapuje się na wyściełany bordowymi dachówkami dach, a potem przeskakuje na sąsiadujący budynek. W ten sposób przemieszcza się przez większą część drogi.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Święte Bronie

Miyoko|Miyo|Wiek nieznany|Święta Broń Mei|Heteroseksualna


|Minako|Mina|Wiek nieznany|Święta Broń Mei|Biseksualna

Bóg

MeiWiek nieznanyღData urodzenia nieznanaღBiseksualna
ღBogini Słońcaღ2 Święte Bronie

wtorek, 2 sierpnia 2016

Człowiek

Shade „Duch” Barrow

„Prawdą jest to, co ja nazwę prawdą. Mógłbym podpalić cały ten świat i nazwać pożar deszczem.” ————————————————————————
● lat 26 ● urodzony 20.01 ● zodiakalny Wodnik ●
// m ę ż c z y z n a // b i s e k s u a l i z m //
|| człowiek || syn szefa mafii || hitman ||

( 1,89 m || umięśniony, wysportowany )
■ oczy żółte ■ włosy brązowe ■
ŚNIADA CERALICZNE BLIZNY I ZADRAPANIA †

GALERIA ZDJĘĆ
Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony