Wraz z nadejściem świtu, miasto powoli zaczęło wracać do życia po kilkugodzinnej ciszy nocnej, kiedy to mrok spowił wszystkie uliczki i przymknął na pewien czas oczy większości społeczeństwa. Ale niektórych słońce już nie zbudzi tego poranka, gdyż wierni wielbiciele nocy i przyjaciele srogiej śmierci postanowili pod cienistym okryciem zmroku osobiście uśpić przeszkadzające im gęby.
Większości ludzi wydaje się, że dla mordercy noc jest zupełnie taka sama, jak dla pierwszego lepszego człowieka napotkanego podczas spaceru parkiem. Po prostu czarna, czasem wypełniona gwiazdami i blaskiem księżyca. Jednak różnice są ogromne. Dla mordercy noc to chleb powszedni, postrzega ją jako szansę, podczas której zmienia się w żądną krwi bestię, gotową dokonać zabójstwa na bogu winnych ludziach. Jego oczy widzą tylko krew. Świat skąpany szkarłatnej krwi.
Po wyprutej z barw nocy przychodzi pełen piękna wschód, przepełniony soczystymi odcieniami różu, pomarańczy i kremowego, które plączą się ze sobą, tworząc idealną symfonię kolorów. Gdzieniegdzie pojawia się większa chmura, odbijająca kolorowe promienie słońca. Dopełnia krajobraz, przynoszący tyle pozytywnych uczuć. Tyle nadziei i tyle radości.
Duch znów spędza czas po ciężkiej nocy - podczas której odesłał na drugą stronę kilka dusz - obserwując jak dzień walczy z nocą o dominację; wypłoszony mrok cofa się, zaś światło coraz odważniej go szczuje gorącymi łapami. To jak uzależnienie, codzienna rutyna, bez której nie dało się żyć - oglądanie wschodu sprawiało mu ogromną radość, jakiej nie potrafił odczuwać od skończenia piętnastu lat i zostania hetmanem ojca. Słońce było jego jedynym napędem do życia, bo gdyby nie wzbierająca w nim nadzieja na widok jasnych światełek igrających po niebie, prawdopodobnie już dawno skończyłby ze sobą.
Bogowie wciąż panują nad ludźmi. Przybyli z gwiazd i nie są już litościwi. Gdyby byli, życia nie uznawano by za tak paskudną porażkę i najokrutniejszy cud ze wszystkich.
Ale być może o to chodziło. Gdyby życie było wyplenione ze zmartwień, kłopotów, bólu, strachu, grzechów, stałoby się nudne, a tak zarówno ludzie, jak i bogowie mają rozrywkę na poziomie rzymskich walk gladiatorów w Koloseum. Bogowie są okrutni, ale dopóki na Ziemi panuje zamęt i mają co robić, nie utrudniają ludziom życia własnymi modłami, które nierzadko potrafią być tak mroczne, jak dusza mordercy. Nie wszyscy bogowie pragną pokoju. Pokój jest nudny.
Duch zamyka oczy i pozwala się nieść przez ciche brzęczenie dzwoneczków, dopiętych do jego pasa. Dzwoneczki są zgubą. O n j e s t z g u b ą.
Ciepły, wschodni wiatr muska śniadą twarz i szarpie czekoladowe kosmyki włosów. Duch nabiera powietrza w płuca i z głośnym westchnięciem wypuszcza je ustami. Marzy mu się przestać patrzeć oczami mordercy i chociaż raz zobaczyć noc w pełni urody.
Ale nie wolno mu. Jest grzeszny. Grzeszni nie zasługują na piękno. Zaś bogowie nie pragną nawracać ludzi. Nie pamiętają o tym, że ktoś potrzebuje pomocy. A jednak Duch czuł, że pewnego dnia bogowie upomną się o niego. I wtedy jego grzechy wtrącą go do pustki.
Otwiera oczy, lecz nie dane mu powrócić do widoku wschodzącego słońca. Jasny snop światła obejmuje go i otula. Duch zdezorientowany kręci się, próbując zrozumieć co się dzieje, lecz na kilka chwil traci świadomość i zasypia.
Mija rok, dwadzieścia lat, pięć miesięcy, godzina, dwie minuty? Stracił poczucie czasu, nie wie ile go ominęło, ale nie rozwodzi się nad straconymi sekundami, bo i tak ich nie odzyska. Otwiera oczy. Światło zniknęło, zaś on trafił do obcego miejsca. Otaczają go trzy, młodo wyglądające dziewczyny. Dwie niskie blondynki, jedna o oczach barwy lapis lazuli, druga z zamkniętymi w tęczówkach promieniami słońca. Trzecia panna przypomina zaś nocne niebo obfite w gwiazdy.
Z pokorą słucha surowego głosu Pani Nocy, jak nazwał w myślach rzekomą boginię słońca. Śmieszyło go to, nawet jeśli rzeczywiście patronuje brzaskowi, wygląda niczym pomiot mroku.
Wkrótce dłonią sięga po dłoń dziewczyny i składa na niej motyli pocałunek, potem znów prostuje się niczym żołnierz podczas musztry. Towarzyszące jej kobiety wita lekkim skinieniem głowy.
— Nie przejmuję się. Dobrze, że panienka ma poczucie humoru. Najpiękniejsze kobiety to te, które często się uśmiechają. — Posyła żywiołowej dziewczynie sympatyczny uśmiech dla podkreślenia prawidłowości słów. — Nazywają mnie Duch. Imię jest mi niepotrzebne — dodaje po chwili, patrząc na speszoną blondynkę, która usilnie unika jego wzroku. Zwraca się do Pani Nocy. — Z całym szacunkiem, panno Mei. Być może panna nie kłamie, jednak na jakiej podstawie mam w to uwierzyć? Niecodziennie zostaje się uprowadzanym przez trzy tak piękne damy i niecodziennie ma się okazję stać przed boskim piedestałem, dlaczego więc twierdzisz, szanowna pani, że będę w stanie przyjąć to wszystko bez mrugnięcia okiem? — mówi opanowanym, niskim tonem niczym zawodowy mówca i przy okazji świdruje Panią Nocy swym złotym spojrzeniem, jakby pragnął przedostać się przez jej zewnętrzną powłokę aż do boskiej natury.
— I widzi panienka, ale panienka nie ma racji. Ciałem jestem żywy, jednak martwy duszą. I jeśli rzeczywiście jesteś bogiem, pani, powinnaś wiedzieć, że ktoś taki jak ja nie pozostanie posłuszny do końca, i chociaż zachowuję się jak na dżentelmena przystało, nie mogę obiecać, że nie wprowadzę zamętu. Łatwo wpaść w nawyki, gorzej się z nich wygrzebać. A piekło to luksus w porównaniu do tego, co przeżywam każdego dnia i każdej nocy. — Duch uśmiecha się szelmowsko. Pomimo, że jest w ślepym zaułku, pozostaje przy zdrowych zmysłach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz